Skoro czytasz ten tekst to zapewne albo już jesteś redaktorem lokalnego portalu, albo dopiero marzysz o tym, aby taki portal stworzyć.
Jacek Kucharski
do niedawna wydawca kilku portali internetowych, a teraz wydawca niniejszego newslettera
To podobnie, jak ja kilka lat temu. Zresztą »od zawsze« chciałem wydawać swoją własną gazetę. Moja historia sięga pierwszej klasy szkoły podstawowej, kiedy razem z o rok młodszym sąsiadem wydaliśmy pisany na maszynie pierwszy numer domowej gazetki. Wtedy
ale pragnienie, aby docierać z informacjami do moich rówieśników było we mnie tak silne, że przez okres szkoły podstawowej, a później średniej cały czas byłem wplątany w wydawanie kilku różnych »szkolnych gazetek«.
Doszło nawet do tego, że razem z siostrą wydawaliśmy prywatną szkolną gazetkę, bo nikt inny nie chciał pisać, za to wszyscy chcieli, żeby o nich mówić, że to oni robią tą gazetkę. Innymi słowy skład redakcyjny był olbrzymi, ale nie było chętnych do pisania.
Czas leciał, a wraz z nim pojawiły się
które - nie ukrywam - dały mi wiele satysfakcji. Najpierw zajęliśmy drugie miejsce w konkursie gazet szkolnych województwa tarnowskiego (to było w czasach, gdy w Polsce było 49 województw). Natomiast będąc w drugiej klasie szkoły średniej robiliśmy już taką gazetę, że w konkursie gazet szkolnych Polski Południowej zorganizowanym przez Dziennik Polski zajęliśmy pierwsze miejsce.
Zawalałem szkołę, ale robiłem gazetę i tylko to się liczyło. Później znaleźliśmy pierwszych reklamodawców, a jednak czegoś mi brakowało, czegoś było mi mało. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że tym, czego mi najbardziej brakowało to byli
Czułem, że potrzebuję wypłynąć na głębszą wodę. I po części mi się udało. Załapałem się do redakcji pisma parafialnego, gdzie zajmowałem się przede wszystkim składem, korektą i innymi sprawami redakcyjnymi.
Dopiero 10 lat później przyszło, to co zmieniło moje życie. Była to prawdziwa opozycyjna
Zaczynaliśmy w grupie 20, a nawet 30 osób, żeby po kilku miesiącach tak naprawdę pracować w 3-4 osób, na dodatek wieczorami po pracy, a nie rzadko także po nocach. Prawdziwe szaleństwo.
Władza była wściekła. Doszło do tego, że za byle pierdółkę wytoczyli nam proces.
Jednak tym, co najbardziej mi się spodobało, i co zaczęło mnie kręcić był portal - czyli internetowe wydanie naszego miesięcznika. Przez ostatni rok miałem przyjemność szefować temu przedsięwzięciu. Teraz, gdy moje drogi życiowe skierowały mnie w inną stronę, chcąc dalej zachować radość z tej mojej pasji, chciałbym podzielić się swoim doświadczeniem, pomysłami i przemyśleniami.